Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 października 2017

Krem Aktywator Nawilżenia Hydro Sensitia Iwostin

Jesień to czas kiedy nasza skóra bardzo potrzebuje nawilżenia i to bez znaczenia jaki mamy rodzaj. Lato daje w kość naszej skórze, bo promienie słońca mocno wysuszają cerę. Natomiast gdy robi się chłodniej wiatr nie pozostaje obojętny. Jesień to najlepszy okres na wszelkiego rodzaju kuracje regenerujące. Warto też zwrócić jeszcze większą uwagę na nawilżenie cery. Właśnie dlatego zdecydowałam się na współpracę z marką Iwostin. To już nie pierwszy raz testuję krem ich marki. Tym razem padło na krem aktywator nawilżenia do skóry odwodnionej, suchej i wrażliwej z serii Hydro Sensitia.


Kilka słów od producenta:
Kompleksowo nawilża
  • Natychmiast: wzrost poziomu nawilżenia nawet o 45% już po 1. aplikacji.
  • Na długo: utrzymuje optymalny poziom nawilżenia nawet do 24h.
  • Chroni przed nadmierną przeznaskórkową utratą wody (TEWL) nawet do 24h, co świadczy o przedłużonym w czasie nawilżeniu skóry oraz skutecznej jej ochronie.
Tworzy lipidową tarczę ochronną
  • Przywraca komfort, poprzez uczucie ukojenia i złagodzenia podrażnień.
  • Zmniejsza widoczność zaczerwienień.
Źródło: iwostin.pl 


Gwiazdy dzisiejszej recenzji używałam co najmniej miesiąc zanim zasiadłam do napisania mojej opinii. Jak zawsze zależy mi na tym, aby na moim blogu znajdowały się jedynie rzetelne informacje.

Opakowanie:
Krem zamknięty jest w bardzo poręcznym opakowaniu air less. Co to oznacza? Krem jest zamknięty na działanie powietrza, naszych paluszków, jest to bardzo higieniczne rozwiązanie, które sobie cenię. Mamy również pewność, że krem zużyjemy do końca, w opakowaniu nie zostanie ani kropelka, ponieważ zawiera ono tłok, który wyciska cały produkt. Szkoda jedynie, że nie mamy kontroli nad tym ile kosmetyku zostało w opakowaniu, ale myślę, że to nie jest znaczący minus. Krem wydobywa się przez pompkę, która dozuje go dosyć dużo. Jeśli chodzi o pielęgnację nocną jest to bardzo dobra ilość produktu. Na dzień natomiast polecam nakładać na buzię pół pompki, aby krem nie wpłynął na makijaż, który wykonujemy.



Konsystencja:
Wydawałoby się, że aż tak nawilżający krem do skóry suchej będzie dosyć tłusty. Nic z tych rzeczy. Konsystencja kremu jest bardzo lekka, kremowa, jednak po aplikacji na skórę i wmasowaniu mamy wrażenie, że nakładamy na buzię mleczko. Z łatwością możemy wykonać krótki automasaż podczas nakładania, ponieważ krem potrzebuje chwili na wchłonięcie się (przynajmniej na mojej mieszanej skórze). Krem zostawia mokry film, który absolutnie nie jest tłusty.



Jak używam:
Przede wszystkim zaznaczę, że jestem posiadaczką cery mieszanej. Dlaczego zdecydowałam się na przetestowanie kremu do skóry suchej? Tak jak pisałam we wstępnie, skóra jesienią jest zmęczona, często odwodniona i mimo, że staram się pić bardzo dużo wody, aby nawodnić ją od środka to jak wiemy skóra potrzebuje nawilżenia również z zewnątrz. Jesień to najlepszy okres na kuracje. Ja zdecydowałam się na taką nawadniającą z marką Iwostin. Używam wspominanego kremu na noc, całą pompkę, która jest dosyć spora przez co można byłoby powiedzieć, że używam go jako maseczki na noc.

Działanie:
Producent obiecuje przede wszystkim nawilżenie, nawodnienie i ukojenie skóry przez 24 godziny. Szczerze mogłabym się podpisać pod tymi słowami. Moja skóra już po pierwszym użyciu zyskała na miękkości, zniknęło uczucie ściągnięcia z czoła i policzków (to są strefy na mojej skórze, które są dosyć suche). Już po kilku pierwszych użyciach można powiedzieć, że na skórze odczuwa się duży komfort po użyciu kremu. 
Po dłuższym stosowaniu Kremu z serii Hydra Sensitia skóra jest znacznie nawodniona, wygląda promiennie, jest bardzo miękka. Nawet używanie cięższych, bardziej matujących podkładów nie wpłynęło na komfort na skórze po używaniu dzisiejszej gwiazdy.
Podczas używania kremu Iwostin nie obyło się niestety bez kilku krostek, jednak nie zwalałabym winy na krem. Najczęściej moja skóra reaguje w ten sposób przy wahaniach hormonalnych, a także jest to związane z dietą. Także nie mogłabym powiedzieć, że krem zapycha pory. Najważniejsze przy skórach skłonnych do takich historii jest odpowiednie oczyszczanie i złuszczanie naskórka.
Oprócz nawilżenie krem ma również zmniejszać zaczerwienienia na skórze. Tak też się dzieje. Ukojenie na skórze można odczuć już po pierwszej aplikacji, natomiast zauważyłam, że moja skóra zdecydowanie mniej się czerwieni. Nagle zaczęłam potrzebować mniej korektora na policzki.


Podsumowanie:
Krem aktywator nawilżenie z serii Hydro Sensitia to nie pierwszy krem marki Iwostin, który używałam. Inne, także i on wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Polecam go przede wszystkim tym z Was, które mają odwodnioną cerę, zmęczoną po lecie i cierpiącą przy chłodnej temperaturze i przeszywającym wietrze. Jestem pewna, że odczujecie ukojenie i mocne nawodnienie skóry. Konsystencja pozwala na delikatne wmasowanie produktu w skórę co jest bardzo przyjemną częścią wieczornego rytuału pielęgnacyjnego.

Jestem ciekawa czy po przeczytaniu mojej opinii macie ochotę wypróbować krem Iwostin. Koniecznie podzielcie się tym w komentarzu.

Już wkrótce na moim blogu ukaże się recenzja kremu marki Emolium, który nazwałam kremem sos na ekstremalnie wysuszoną skórę. Zachęcam więc do obserwowania mojego bloga.

czwartek, 5 października 2017

Podkład Kat Von D Lock-it - recenzja

Witajcie! Po tym jak Mark Kat Von D weszła do polskiej Sephory nastał istny szał. Sama jemu uległam i bardzo chciałam przetestować na własnej skórze słynny podkład Lock-it. W internecie krąży wiele sprzecznych opinii. Od moich koleżanek również słyszałam skrajne pierwsze wrażenia. Podobno albo się go kocha, albo nienawidzi. A jak było w moim przypadku? Zapraszam do dalszej części i moją opinią i zdjęciami.


Na początku warto przybliżyć Wam rodzaj mojej cery. Jest ona na ten moment mieszana, czyli normalna (bez wysuszeń), ale z predyspozycją do przetłuszczania się w strefie "T" oraz rozszerzonymi porami. Obecnie nie mam już problemu z trądzikiem i nie potrzebuję podkładów mocno kryjących, ponieważ udało mi się w większości pozbyć się przebarwień potrądzikowych. Skóra jest delikatna, ale nie uwrażliwia się zanadto. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć zobaczyć, że potrzebuję jedynie wyrównania kolorytu, ze względu na pozostałości przebarwień i naczynek w okolicy nosa.



O podkładzie Kat Von D Lock-it na stronie Sephory można przeczytać:
Płynny podkład Lock-it to tajna broń Kat von D w walce o perfekcyjną cerę.
Wystarczy odrobina podkładu, żeby wyrównać koloryt cery, zmatowić ją i ukryć przebarwienia. Ten podkład zawiera aż 21% pigmentów, by zapewnić absolutne krycie i ekstremalną trwałość. Płynny podkład Lock-it może być aplikowany pędzlem lub gąbką.

Do jakiego rodzaju makijażu?
Ultra kryjący płynny podkład Lock-it jest tajną bronią w walce o perfekcyjną cerę bez niedoskonałości.

Jak używać?
Przygotować skórę bazą Lock-it Hydrating Primer dla większego komfortu i lepszej aplikacji Lock-it Foundation.
Przy lżejszym poziomie krycia dodać kroplę bazy Lock-it Hydrating Primer do podkładu Lock-it Foundation.

Źródło: www.sephora.pl

Dlatego też przy pierwszym wrażeniu postanowiłam nałożyć bazę Lock-it Hydrating Primer oraz nałożyć podkład gąbką. Do tego celu wybrałam jajko marki Blend It! (link do produktu: mintishop.pl).



Baza ma bardzo lekką, nawilżającą konsystencję. Szybko się wchłania, jednak zostawia na skórze delikatny film. Niestety nie zauważyłam zmniejszenia się porów. Miałam wrażenia jak po nałożeniu zwykłego kremu nawilżającego.

Podkład natomiast ma konsystencję dosyć gęstą, kremową. Już na pierwszy rzut oka widać, że może bardzo dobrze kryć i być dosyć ciężkim produktem. Po tych wrażeniach związanych z konsystencją już odrobinę zraziłam się do kosmetyku. Nie jestem fanką "szpachli" na skórze. Jednak to nie powstrzymało mnie od nałożenia do na buzię.

Lock-it Hydrating Primer

Lock-it Foundation, Light 47 Neutral

Po wklepaniu podkładu na jedną połowę twarzy, pierwsze co da się zauważyć to ekstremalne krycie. Niestety efekt na skórze wyglądał bardzo ciężko. Podkreślił też moje rozszerzone pory. Sami zobaczcie:

 Podkład Lock-it na jednej stronie twarzy.

 Podkład Lock-it na całej twarz, dodatkowo korektor pod oczami.

Jak można zauważyć, że podkład Lock-it nie jest podkładem zupełnie matowym. Delikatnie błyszczy, natomiast nie jest to tłuste błyszczenie, ale zdrowy blask. Produkt po nałożeniu bardzo dobrze "przykleja" się do skóry. Dzięki temu przykrycie wszelkich niedoskonałości jest bardzo łatwe.

Aby utrwalić fluid użyłam pudru również z marki Kat Von D, Lock-it Setting Powder. Niestety wydał mi się bardzo dziwny. Lekki w swojej konsystencji, jednak bardzo niewiele matujący. Musiałam sporo go nałożyć żeby skóra nie była mokra, a i tak dał niewielki efekt matowej skóry. Słyszałam dużo opinii na temat tego pudru, że jest bardzo mocno rozświetlający. Moim zdaniem jest po prostu satynowy i może się super sprawdzić przy osobach ze skórą suchą.


Podkład Kat Von D utrwalony pudrem Lock-it.

Po nałożeniu pudru skóra zaczęła mi się podobać. Była jedwabista, koloryt został wyrównany. Skóra wyglądała jak porcelana. Efekt zaczął bardzo mi się podobać. Wykończyłam makijaż.





Makijaż wyglądał bardzo mocno, ale czasami (szczególnie wieczorowy) może tak wyglądać. Zwracając uwagę, że ja nie mam wiele do zakrycia to są osoby, które potrzebują zakryć np przebarwienia, naczynka czy trądzik. Niestety już po godzinie od nałożenia kosmetyków zaczęło dziać się coś dziwnego. Podkład podkreślił wszystkie załamania mojej skóry. Miałam wrażenie, że zastygł na tyle, że w załamaniach po prostu się połamał. Sami zobaczcie:



Cały dzień czułam podkład na skórze. Cały dzień miałam wrażenie maski na twarzy. efekt bardzo mi się nie podobał. Kosmetyki podkreśliły wszystkie moje zmarszczki, nawet te, których nie mam. Oddycham, mówię, mam mimikę, nie jestem manekinem, dlatego uważam, że to jest największy minus podkładów. Lock-it z Kat Von D zrobił to wyjątkowo bardzo. Jakby tego było mało, po całym dniu bez poprawek bardzo się świecił.



Po odsączeniu sebum bibułką matującą skóra wyglądała jeszcze gorzej. Podkład pozbierał się z porach, załamaniach skóry, miejscami się powycierał.


Wydawałoby się, że Lock-it jest totalnym bublem, albo przynajmniej z moją skórą bardzo się nie polubił. Jednak postanowiłam dać mu drugą szansę. Na co dzień nakładam podkład palcami, nie używam bazy i pudruję ostatnio moim ulubionym pudrem marki Artdeco by Claudia Schiffer. Tak też użyłam podkład Kat Von D następnego dnia. Zanim cokolwiek powiem sami zobaczcie.


Chyba nie muszę za dużo pisać. Zdjęcie zostało zrobione po całym dniu noszenia podkładu, bez poprawek, jedynie po odsączeniu sebum chusteczką. Skóra wygląda świeżo, makijaż jest bardzo trwały, a co najważniejsze żadne załamania skóry nie zostały podkreślone (zwróćcie szczególną uwagę na czoło i linię uśmiechu). Pierwsze wrażenie było bardzo złe, natomiast bardzo się cieszę, że dałam produktowi drugą szansę, nałożyłam po swojemu i tak! Zakochałam się!

Kilka razy próbowałam kombinacji baza i podkład Lock-it + mój puder - efekt był zły, wszystko się ważyło i świeciło. Moja baza + podkład i puder Lock-it - znowy za szybko się wyświecało i ścierało w ciągu dnia.


Dlatego podsumowując: po tygodniu testowania zdecydowałam się na zakup pełnowymiarowego opakowania. Nie wyobrażam sobie używać na ten moment innego podkładu. Cieszę się, że znalazłam na niego sposób i Wam też to radzę. Podkład ten potrzebuje minimalnej ilości, bardzo dobrego wklepania w skórę. Tylko wtedy wygląda świeżo i lekko, mimo, że jest dosyć ciężkim produktem. Zaznaczę dodatkowo, że przez ten cały czas nie zauważyłam żeby zapchał pory, jednak jak wiadomo tutaj największą rolę odgrywa odpowiednie oczyszczanie. Nie skreślam bazy i pudru, bo myślę, że mogą sprawdzić się przy skórach suchych i dzięki nim podkład KVD stanie się osmetykiem do każdego rodzaju skóry w zależności jak ją przygotujemy. Myślę, że jest świetnym kosmetykiem do profesjonalnego makijażu, a także w dni kiedy potrzebujemy wyglądać perfekcyjnie przez kilkanaście godzin. Myślę, że jest to godny następca słynnego podkładu Estee Lauder Double Wear, szczególnie, że w porównaniu do niego nie obciąża aż tak skóry, a jeśli chodzi o krycie to mam wrażenie, że ma nawet większe.

Czy polecam? To już możecie wywnioskować z moich wcześniejszych wywodów. Tak. Kat Von D Lock-it Foundation stał się moim ulubieńcem. Natomiast pamiętajcie, że każda skóra jest inna, przetestujcie go, dopasowując pielęgnację do swojego rodzaju cery.

Jestem ciekawa jak podoba się Wam taka recenzja. Chcecie więcej takich szczegółowych? Mam wiele podkładów, nawet tych wysokopółkowych, o których chętnie Wam napiszę. Koniecznie dajcie znać czy testowałyście już podkład Kat Von D i jakie są Wasze ulubione podkłady.

Pozdrawiam serdecznie!


poniedziałek, 21 listopada 2016

Plastry na nos Holika Holika

Witajcie Kochani, mam dziś dla Was recenzję płatków na zaskórniki na nosie. Przeuroczy design i opinie w internecie skłoniły mnie do zakupów. Jeśli śledzicie mnie na instagramie @agatakorneluk wiecie na pewno jak pokochałam koreańską pielęgnację. Sporo produktów zagościło w mojej łazience, między innymi dzisiejszy bohater posta. Miałam bardzo duże oczekiwania względem tego produktu. Czy się spełniły? O tym dowiecie się w dalszej części recenzji.

Pig-Nose Clear black heads to zestaw trzech plastrów na nos. Krok pierwszy ma za zadanie zmiękczyć skórę i rozszerzyć pory, drugi krok to zasychający plaster, który ma usunąć zaskórniki, zaś trzeci - koi skórę i zwęża pory. W polskim tłumaczeniu na ulotce mamy to pięknie opisane, ale gdzie sposób użycia? Nie ma. Chyba autor polskiej naklejki zapomniał, że nie każdy zna sposób użycia produktu, no i nie każdy zna angielski. Czepiam się? Sama nie wiem. Na szczęście język ten nie jest mi całkiem obcy i wyczytałam, że w sumie zabieg złożony z tych trzech kroków ma trwać 50 minut. Całkiem długo, wiec warto wykonać go mając trochę wolnego czasu. 

Pierwszy krok był dla mnie znajomy, bo przypomina maseczkę w plachcie, która bardzo obficie nasączona jest substancją pielęgnującą. Łatwo przykleja się do skóry, którąoczyście wcześniej musimy oczyścić. Czekamy od 15-20 minut. Czułam podczas jej noszenia delikatne chłodzenie, ale nic poza tym. 

Krok drugi, czyli etap, którego nie mogłam doczekać się najbardziej. Na zdjęciach poniżej widać jak bardzo zmagam się z zaskórnikami, mam nawet wrażenie, że na żywo jest jeszcze gorzej jak na zdjęciach, ale to może być też moje urojenia. Czasami przecież tak mamy z niektórymi kompleksami. Nie da się ukryć, że moim jest właśnie nos. Ale wracając do tematu, ten etap to maseczka na nos w formie plastra, który przyklejamy na wilgotną skórę i czekamy około 15 minut, po czym delikatnie zrywamy zaczynając od boków plasterka.

Etap trzeci, czyli najdelikatniejsza maseczka hydrożelowa, nasączona delikatna substancją kojącą skórę i mająca zmniejszyć pory. Bardzo fajnie chłodzi skórę i czuć delikatne ściąganie. Bardzo przyjemne doznanie.

A teraz to co myślę o efektach zabiegu. Hmmm... a może jednak o ich braku. Bo niestety, ale mimo, że siedziałam w tych maseczkach prawie godzinę to tak jak widać na załączonych zdjęciach nic się nie zmieniło. Co więcej, po zabiegu skóra się zaczerwieniła co widać na zdjęciach. A zaskórniki? Jak siedziały tak siedzą w skórze. Nie wyszedł ani jeden. Byłam bardzo zawiedziona. Na szczęście nie wydałam dużo za ten eksperyment, bo zabieg kosztował mnie kilkanaście złotych. To nie majątek i cieszę się, że mogłam przetestować te cuda. Niestety już do nich nie wrócę, bo po prostu na mnie nie działają. Szkoda, bo będę musiała szukać dalej jakiegoś sposobu na moje niedoskonałości.

Próbowałyście tych płatków? Jak się u Was sprawdziły? Jakie macie sposoby na pozbycie się zaskórników? Chętnie się dowiem, dlatego zapraszam do komentowania.

Pozdrawiam
Agata.


Przed:

Po:
 

środa, 9 listopada 2016

SENSI SYSTEM - Calming eye contour

Kochani, dzisiaj mam dla Was recenzję kremu pod oczy, który miałam okazję używać przez kilka ostatnich miesięcy.

Marka Institut Esthederm nie była mi znana do tej pory, ale będąc w aptece natrafiłam na dermokonsultanta, który w bardzo profesjonalny sposób opowiedział mi o tych kosmetykach. Sama marka jest dostępna oczywiście w aptekach i nie należy do najtańszych. Jednak opowieści o wodach komórkowych, składnikach aktywnych zawartych w kosmetykach no i oczyście "specjalna promocja" na krem pod oczy, skusiły mnie do zakupu, mimo że nie miałam takiego zamiaru. (Ach te techniki sprzedaży, sama pracuję w tej branży, a ciągle się na to łapię :-P )

Krem, który kupiłam to SENSI SYSTEM - Calming eye contour, czyli delikatny żel pod oczy o działaniu łagodzącym do skóry wrażliwej. Obiecuje on opóźnienie procesu starzenia się skóry, dostarczenie skórze energii do życia (że co proszę?!), zmniejszenie nadwrażliwości i zwiększenie tolerancji skóry na czynniki zewnętrzne. Ma działać łagodząco, niwelować pieczenie, usuwać zaczerwienienie, nawilżać, zmniejszać cienie pod oczami, skóra ma z wrażliwej stać się normalną. To w takim skrócie czytamy na ulotce. Brzmi to tak poetycko, szczególnie jak czytamy, że krem ma nam dać "energię do życia", że nasuwają się dwie opcje: albo krem jest absolutnie genialny i łączy w sobie wszystko co potrzebuje nasza skóra pod oczami; albo to totalny bubel i autor ulotki powinien zająć się pisaniem wierszy.

Nie będę Was dłużej trzymać w niepewności. Moja opinia jest jednoznaczna. Krem nie robi nic. To całkiem smutne, bo oczekiwania miałam dosyć wysokie po przeczytaniu ulotki, wysłuchania znakomitego sprzedawcy i ceny, bo w regularnej ofercie krem ten kosztuje ok 100zł. Jak czytacie mojego bloga, wiecie że rzadko coś aż tak mi się nie sprawdza i więcej tu pozytywnych opinii niż tych złych. Ale prawdę mówiąc to nie znalazłam żadnych, absolutnie żadnych plusów tego produktu.

Chciałabym się jakoś z tego wytłumaczyć, ale nie mam wybitnych oczekiwań względem kremu pod oczy. Chciałabym żeby nawilżał, delikatnie wygładzał, koił moją skórę i poprawiał mikrokrążenie, bo często miewam zmęczone, opuchnięte oczy. Moja skóra ma obecnie 27 lat i nie mam widocznych zmarszczek. Jednak chciałabym im zapobiegać. Po to przecież są kremy.

Jednak krem SENSI SYSTEM jest do niczego, a przynajmniej nie nadawał się dla mnie. Wymienię Wam po krótce w punktach dlaczego się nie polubiliśmy:
- krem ma żelową konsystencję i tak szybko się wchłania, że po chwili nie jestem pewna czy go nakładałam;
- nie zostawia uczucia nawilżenia;
- skóra wręcz przeciwnie, była napięta i sucha;
- chłodził tylko przez kilka pierwszych użyć, potem skóra się przyzwyczaiła i nie koił jej odpowiednio;
- o zmniejszaniu opuchnięcia czy cieni pod oczami można było zapomnieć;
- ma dosyć wysoką cenę, kupiła go ze zniżką 50%, ale w regularnej ofercie kosztuje ok 100zł;
- nie podoba mi się też ta poezja w ulotce, czytając to mam wrażenie, że producent robi ze swoich klientów debili, którzy myślą, że krem może "dostarczać skórze energii do życia"

Jedynym plusem, który zauważyłam to, że krem nadaje się pod makijaż. Korektor się nie waży i ładnie wygląda. Chociaż przez to że nie czuć nawilżenia, korektor może bardziej przesuszać. Także jednym słowem nie polecam tego żelu. Jestem nim bardzo zawiedziona i żałuję wydanych pieniędzy. Używałam go codziennie rano przez około dwa miesiące, czekając z utęsknieniem na efekty jego działania, ale bez rezultatu. Dlatego też gdy zorientowałam się, że czas mija, a ja nie mam korzyści ze stosowania produktu, po prostu poleciał on do kosza i tak skończyła się moja historia z tym, jakże dziwacznym kremem.

Znacie tą markę? Miałyście kiedyś jakiś z ich produktów? Dajcie znać w komentarzu.
Pozdrawiam, Agata.

środa, 4 maja 2016

Kuracja z Kwasem Glikolowym GlySkinCare - recenzja


Witajcie. Jakiś czas temu odezwał się do mnie Pan z www.diagnosis.pl w sprawie współpracy. Mogłam wybrać trzy kosmetyki do testów. Jakaż była moja radość gdy zobaczyłam kurację kwasem glikolowym z firmy Gly Skin Care. Już wcześniej szukałam podobnej kuracji, bo jak wiadomo kwasy są idealne na wiosnę. Od razu wiedziałam, że muszę mieć te kosmetyki. Wybrałam między innymi GlySkinCare Emulsję do twarzy z kwasem glikolowym 10% i po miesiącu stosowania nadszedł czas na recenzję kosmetyku.





Moja skóra od jakiegoś czasu jest bardzo kapryśna. Zawsze była mieszana, ale po zimie stała się bardzo zanieczyszczona i zaczęłam mieć problemy z trądzikiem. Stwierdziłam, że jednym z rozwiązań jest kuracja kwasami, dlatego zdecydowałam się na GlySkinCare z kwasem glikolowym 10% do skóry mieszanej i tłustej.

Firma ta oferuje również wersję dla skóry suchej i normalnej oraz mniejsze stężenie kwasu (5%), które jest wskazane dla osób, które wcześniej kwasów nie używały. Ja byłam już po zabiegach kwasami w gabinecie kosmetycznym, dlatego zdecydowałam się na wersję mocniejszą.

Zaczęłam używać emulsji jako serum na noc pod krem. Producent zaleca stosować je samodzielnie, ale moja skóra wrażliwa nie pozwoliła mi na to. Niestety używanie emulsji z kwasem glikolowym nie należy do najprzyjemniejszych. Moja skóra bardzo się czerwieniła i strasznie piekła. Jednak nie przestraszyłam się, wiedziałam po wcześniejszych moich przygodach z kwasami, że tak skóra może reagować. Na początku też zdziwiłam się, bo nie wystąpiło znaczne złuszczanie, jedynie niewielkie łuszczenie w okolicy policzków. Gdy to się działo rankiem nakładałam maseczkę GlySkinCare Najlepszą Maseczkę Nawilzajacą - Bankietową, która zmiękczała suche skórki i pozwalała na nałożenie makijażu bez efektu wiórku na buzi.





Po miesiącu używania kosmetyku moja skóra zaczęła mniej reagować pieczeniem i po dokładnym przyjrzeniu się zauważyłam, że skóra jest jakby mocniejsza. Mniej się czerwieni, zauważyłam znaczne wygładzenie skóry i zmniejszenie się porów. Dużo szybciej zaczęły znikać moje przebarwienia po krostkach, a skóra wydaje się bardziej świeża i miękka. Drobne zmarszczki mimiczne z okolicy ust się spłyciły. Skóra jest mocniejsza i bardziej ściągnięta. Niestety kwas nie zredukował powstawania krostek, bo nadal mam z nimi problem w okolicy policzków, ale znacznie szybciej zaczęły się goić. Dodatkowo używam na nie miejscowy żel z kwasem salicylowym Novaclear Acne Spot Treatment również od Diagnosis. Wtedy na drugi-trzeci dzień nie ma śladu po ropnych krostkach, a emulsja w kwasem glikolowym szybko radzi sobie z pozostałością po wyprysku.






Oczywiście przy kuracji kwasem glikolowym trzeba pamiętać o zabezpieczeniu skóry przed słońcem. Ale się ucieszyłam, że w swoich zapasach miałam krem z filtrem również z firmy GlySkinCare Krem Ochronny do Twarzy SPF30, który dosyć dobrze sprawdza się pod makijaż oraz dobrze nawilża skórę po wieczornej aplikacji kwasu.

Podsumowując jestem bardzo zadowolona, że miałam możliwość przetestowania produktów od Diagnosis. Możliwe, że dzięki nim uniknęłam antybiotykoterapii u dermatologa. Moja skora widocznie poprawiła swoją gęstość i się wzmocniła. Każdej z Was ze skórą mieszaną i tłustą, zanieczyszczoną serdecznie polecam taką kurację kwasami.

Ja jeszcze nie kończę swojej kuracji, zamierzam stosować ją przez trzy miesiące aby dokładnie oczyścić swoją skórę, po cichutku liczę, że kwas zadziała tak na moją skórę żeby zredukować wypryski. Wiem, że kwasy mają takie działanie, więc na to szczerze liczę, bo poprawę widzę już teraz, więc szkoda mi jeszcze rezygnować z kuracji.


Zapraszam Was również do moich początkowych postów, z początków mojego bloga Wademekum Pielęgnacji tam znajdziecie artykuły na temat etapów pielęgnacji, między innymi dlaczego warto złuszczać skórę.

Dajcie znać czy znacie kosmetyki marki GlySkinCare. Co myślicie o kuracjach kwasami? Używałyście ich kiedyś?